Nowy Jork

poleć serwis drukuj
Jakub Polaczyk...
Jakub Polaczyk na...

„Jestem marzycielem”

06-28-2020

Jakub Polaczyk to kompozytor, który do USA przyjechał w 2011 r. – po studiach w Krakowie, na stypendium w Carnegie Mellon. Na początku swojej amerykańskiej drogi mieszkał w Pittsburghu, potem przez rok w Kentucky. W Nowym Jorku jest już 5 lat – od 2015 r. Jakub wygrał tegoroczną American Prize in Composition 2020 utworem „Ojibbeway”. W rozmowie z „Białym Orłem” opowiada o tym, jak zaczęła się jego muzyczna kariera.

Po pierwsze – gratulacje! Jakie znaczenie ma dla Ciebie ta nagroda? I czy spodziewałeś się, że Twoja kariera kompozytora tak się potoczy?

Jakub Polaczyk: Dziękuję, muszę przyznać, że była to dla mnie miła niespodzianka, zwłaszcza w tym czasie pandemii – postu dla kultury. Nie sądziłem, że zgłoszony utwór „Ojibbeway”(2019) spotka się z tak wysoką oceną jury. Miałem już wyróżnienia na American Prize za mszę i sekstet w 2017 r., ale w tym roku ta kompozycja, inspirowana kulturą Indian, otrzymała pierwszą nagrodę.

Co do kariery kompozytorskiej, to już w sumie drugorzędna sprawa, oczywiście każdy kompozytor chciałby po prostu mieć dla kogo pisać. Jak ona się potoczy, nikt tego nie wie. Ja nie sądziłem jednak, że będę twórcą emigracyjnym. Życie często toczy się niezależnie, ale dopuszczam możliwości jak w sztuce aleatorycznej, którymi mogę pokierować. W ostateczności jednak działam spontanicznie. Na pewno chciałem zawsze coś tworzyć, bo to mnie bardzo interesowało.

 Skąd pochodzisz w Polsce i czy zamiłowanie do muzyki odziedziczyłeś po kimś z rodziny?

Urodziłem się w Krakowie, ale dzieciństwo spędziłem z rodziną na sądecczyźnie. Tam zaczęła się moja przygoda z muzyką, chodziłem do szkoły muzycznej. Mój tata ukończył szkołę muzyczną I stopnia na fortepianie, nawet też komponował na gitarze, fortepianie. Ja grałem właśnie na pianinie z domu ojca. Mój dziadek z Pienin tworzył pieśni i poezje. Często wracam do tych wierszy, podarował mi je przed śmiercią. Natomiast moja rodzina od strony mamy nie jest muzyczna, ale utalentowana malarsko i teatralnie. Moja mama też malowała, ja niestety nie posiadam tych umiejętności.

Jak zaczęła się Twoja przygoda z muzyką?

Na początku, gdy mieszkaliśmy w Starym Sączu, jako dziecko usłyszałem utwór „Imagine” Lennona i nagrania polonezów Chopina w wykonaniu Adama Harasiewicza i prosiłem mamę o instrument. Gdy wreszcie dostałem gitarę i keyboard, to była wielka radość. Rzadko się z nimi rozstawałem. Mama zapisała mnie do ogniska muzycznego. Potem pojechaliśmy do Nowego Sącza, tam chodziłem do szkoły muzycznej I i II stopnia u pani Więcek i potem spędziłem 4 ważne lata u pani Mirek w klasie fortepianu. Początkowo nie wiedziałem, że w muzyce klasycznej dalej są kompozytorzy, myślałem, że wszyscy wymarli, dlatego moich dziecinnych improwizacji nie traktowałem poważnie. W Nowym Sączu był zorganizowany konkurs twórczy „Echo z dna serca” i dopiero jak miałem 18 lat, w klasie maturalnej napisałem pierwszy utwór na saksofon dla brata: Sonem J.P., który wygrał konkurs w 2002 r. Tak się zaczęło. To był mój debiut. Potem już systematycznie komponowałem, stało się to częścią mojego życia. Też pisałem dużo piosenek, poezji śpiewanej w Krakowie. Wtedy zorientowałem się, że zapisywanie ma sens, a nie tylko improwizowanie podczas ćwiczeń – by przekazać to innym. W Krakowie była ważna dla mnie profesor Rolanowska, u której skończyłem II stopień. Poświęciła mi wiele czasu. Lekcje czasem trwały pół dnia, kilka razy w tygodniu. Uczyła długich płaszczyzn i dramaturgii. Po tylu latach kształcenia nie tylko pianistów klasycznych, jak m.in. Wacka Kisielewskiego, Andrzeja Zielińskiego, Krzysztofa Meyera, w sumie nie były to lekcje tylko fortepianu. Wiedziała, że będę zdawał na kompozycję, ale dużo wtedy się nauczyłem, jak myśleć o samej muzyce. Główna dewiza – być nauczycielem dla samego siebie. Czas z pedagogiem jest ograniczony, a jeśli sami umiemy być własnymi pedagogami, czyli mamy samokrytykę, mamy całe życie, by się uczyć 24 godziny na dobę. Tego też uczę moich uczniów. To jednak czasochłonny proces. Pamiętam też doskonale konsultacje u profesora Stachowskiego, Bujarskiego czy Zygmunta Koniecznego przed rozpoczęciem profesjonalnych studiów kompozycji w klasie Marcela Chrzyńskiego na Akademii w Krakowie. Tak zaczynałem.

Jak odnalazłeś się w Nowym Jorku, tak odmiennym przecież od Twoich rodzinnych stron w Polsce? I czy udaje Ci się utrzymywać z muzyki?

Nowy Jork nie był nigdy moim miejscem docelowym, przyznam, że nawet go unikałem. Miałem tutaj wielu kolegów, artystów, niektórzy ze względu na finanse borykali się z problemami. Jednak przyjechałem ze względu na żonę. Dostała tutaj pracę jako architekt przy uniwersytecie. Dołączyłem do niej parę miesięcy później, przez agencję otrzymałem honorową wizę artystyczną, więc mogłem pracować, pomogli mi też państwo Stryjniakowie, którzy przyjęli mnie do konserwatorium, ale bez wsparcia Shell – mojej żony – nie udałoby nam się tutaj przetrwać trudnych początków w tym mieście. To wspaniałe miasto, gdzie można odnaleźć wszystkie współczesne kierunki sztuk. Bardzo je lubimy, z żoną chyba odwiedziliśmy wszystkie muzea. Jest ich naprawdę wiele. Odpowiadając jednak na pytanie, to z samego tworzenia sztuki nowej niestety nie utrzymam rodziny. Dużo gram, współpracowałem z baletami, zespołami muzyki nowej, teatrem, lubię poświęcać się także pedagogice, opracowuję cały czas inne twórcze metody, aby kształcić wyobraźnię muzyczną.

W jakim miejscu na ziemi ładujesz swoje życiowe akumulatory?

Nie mam jednego miejsca. Tam, gdzie woda i wiatr – czyli ruch. Lubię podróżować, podobnie jak czynię to w muzyce. Odświeża wyobraźnię wizualną, częste zmiany krajobrazu, kultur, inne spojrzenia na pewne kwestie życia – to niczym forma wariacji w muzyce. Zwłaszcza lubię te podróże muzyczne, często za jakimiś kompozytorami z przeszłości. Muszę tutaj zaznaczyć, że nie lubię siedzieć przy biurku i komponować, jak większość twórców. To nie dodaje mi energii. Głównie komponuję w ruchu: spacerując, chodząc, jadąc autem, metrem czy rowerem. Potem jedynie mozolnie to zapisuję, co już jest mniej przyjemne. Ale pamiętam zdanie, niestety już śp. profesora Pendereckiego, z jednej z lekcji, że ciągle musimy się „zmuszać”. Pomaga.

Masz swoje ulubione miejsca w Nowym Jorku – jakie?

Jest ich kilka, ale oczywiście pod względem muzycznym to Carnegie Hall, doświadczyłem tam wielu wzruszających chwil, nieraz płynęły mi łzy. Było mi też dane tam wystąpić i zaprezentować moje utwory parokrotnie. Jednak jeśli chodzi o miejsce sentymentalne, to Central Park, a zwłaszcza Strawberry Field, naprzeciwko Dakoty Johna Lennona. To było pierwsze miejsce, jakie odwiedziłem w Nowym Jorku jako turysta, znając je z filmu „Imagine: John Lennon”. Rodzinnie natomiast bardzo lubimy odwiedzać Fire Island, gdzie był nasz ślub parę lat temu. Jeździmy tam teraz z synem Julianem.

Jakie masz muzyczne marzenia, które jeszcze czekają na realizację?

Mam zawsze wiele marzeń, bo jestem marzycielem, ale nie chcę ich kompletnie zdradzać. Nie lubię też mówić o utworach nienapisanych, pisanych obecnie, często wiele z tego się nieustannie zmienia. Myślę przeważnie o kilku utworach na raz, więc nie nudzę się z moją muzyką. Ale moim dużym marzeniem na pewno są większe formy muzyczne, aby było więcej możliwości. Zrealizować operę, oratorium – nigdy mi się to nie udało, mimo kilku prób. Bardzo chciałbym stworzyć też własne warsztaty dla kompozytorów amerykańskich w Polsce, by nawiązać więcej współpracy między tymi dwoma krajami, trochę działającymi niezależnie.

Czy masz jakiś plan artystyczny, który zaprezentujesz?

W mojej muzyce planem artystycznym jest to, aby po prostu pisać swój dziennik muzyczny. Trochę może jak kronikarz, ale też marzyciel, w formie dialogów, wobec tego, co spotykam w moim życiu. Teraz, po dziesięciu latach od napisania właśnie takiej kronikarskiej Symfonii A.D. 2010, pracuję nad Symfonią A.D. 2020. Jeśli pozwolą fundusze, już od dłuższego czasu planem jest też wydanie płyty monograficznej, chciałbym zdążyć przed moją czterdziestką, zatem jeszcze przez te kilka lat. Ponadto po tym, jak od dwóch lat jestem dyrektorem muzyki nowej Festiwalu „Chopin i Przyjaciele”, gdzie prowadzę konkurs kompozytorski, mam też oczywiście artystyczne plany programowe. Teraz w dobie wirusa trzeba się liczyć z utrudnieniami. Myślę zatem nad wirtualną rzeczywistością, w jakiej się znaleźliśmy. Jak wykorzystać to twórczo. Zobaczymy.

Życzę powodzenia!

Rozmawiała Agnieszka Granatowska

wróć

Fotorelacje

Wizyta prezydenta RP Andrzeja Dudy w Waszyngtonie

Spotkanie Prezydentów Polski i USA w cztery oczy, rozmowy plenarne delegacji obu krajów, wspólne oświadczenie prezydentów – to były główne punkty wizyty Andrzeja Dudy w Białym Domu, która miała miejsce w środę, 24 czerwca. Prezydent Polski spotkał się także z przedstawicielami amerykańskich przedsiębiorców prowadzącymi interesy w Polsce, oddał hołd gen. Kościuszce i uczestniczył w krótkiej ceremonii w ambasadzie RP w Waszyngtonie. Fot. prezydent.pl; Radio Rampa, facebook.com/KlubGPFiladelfia

zobacz inne galerie

Galerie Video

Jasełka w Webster

Liturgiczny okres Bożego Narodzenia wieńczy Niedziela Chrztu Pańskiego. Uroczystość ta w bieżącym roku przypadła w niedzielę 10 stycznia. Uczniowie i nauczyciele Polskiej Szkoły Sobotniej przy parafii św. Józefa w Webster wybrali ten właśnie dzień na zaprezentowanie tradycyjnych polskich jasełek.

zobacz inne filmy

Kalendarium

Lipiec
Pon Wto Śro Czw Pią Sob Nie
    01 02 03 04 05
06 07 08 09 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
Zobacz kalendarz

Realizacja: IdeoPowered by: CMS Edito

Wszelkie prawa zastrzeżone dla BiałyOrzeł24.com